Niezaleznie od zaangazowania ideologicznego chyba kazda kobieta ma chwile zwatpienia w swoja kobiecosc. Wstaje pewnego dnia, patrzy w lustro i stwierdza, ze cos jest nie tak. Twarz jakas nijaka, cera marna, nos nieksztaltny, biust za maly, tylek za szeroki, nogi za krotkie, stopy za duze… Wymieniac mozna w sumie bez końca. Zawsze znajdzie sie cos, co moze byc powodem do niezadowolenia. Ja na przyklad co jakis czas patrzac na dziewczyny i znajome lapie sie na stwierdzeniu, ze jestem wyjatkowo szpetna. Geny po przodkach nie obdarzyly mnie jakas szczegolnie urodziwa twarza, za to sporym nosem, krotkimi i krepymi nozkami, szerokimi ramionami… No szalu nie ma. Na co dzień jednak nie zwracam na to uwagi. Przeczesze rano palcami krotkie hery, naloze podklad na twarz, ubiore sie tak jak zwykle – i tyle.
Mam oficjalnie gdzies to, jakie wzorce kobiety lansowane sa w kulturze, jakie sa kanony urody. Nie zmienia to jednak faktu, ze trudno mi sie pozbyc czasem uczucia bycia pospolita i bezbarwna. Mimo wszelkich sygnalow, ktore gdzies dochodza z zewnatrz. Mimo faktu, ze moj ukochany mezczyzna od lat jest we mnie bez pamieci zakochany, mimo tego, ze slysze slowa uznania od znajomych i przyjaciol. Jakos nic nie potrafi sie przedostac przez ta bariere, ktora mi znieksztalca postrzeganie samej siebie. Na cale szczescie na co dzień udaje mi sie znalezc rownowage w postrzeganiu siebie i innych. Jakos takze udaje mi sie trzymac pod kontrola wszystkie kompleksy. Nigdy chyba jednak nie zrozumiem, skad takie krzywe postrzeganie siebie sie bierze. Moge je sobie tlumaczyc naturalnie wszechobecnymi stereotypami, lansowanej modzie, kanonami urody, ale to ciagle nie jest dla mnie wystarczajace wytlumaczenie. Skoro mam wlasny styl bycia, wlasny swiatopoglad, w ktorym odcinam sie od wszechobecnych trendow to powinien on mnie chronic przed poddawaniem sie modom i ocenianiu siebie pod ich kontem. Najwyrazniej jednak sa pewne cechy kobiece, ktorych zaden, chocby najbardziej radykalny swiatopoglad nie jest w stanie wytepic. Dlatego dzis nie bede nikomu nic wygarniac, tylko postaram sie przestac myslec o tym, jak dobrze wygladaja moje znajome, a jak kiepsko ja.
Naprawde nie mysle o tym, jak wygladam ani z nikim sie nie porownuje. Kiedy jednak pojawia sie okazja do tego, aby pokazac sie na tle innych dziewczyn zawsze pojawia sie poczucie bycia zwykla i bezbarwna szara mysza. Niby szary to tez kolor. Niby modny ostatnimi czasy, ale glupio tak sie czuc jak szara mysz. Mysle, ze wszystkie, ktore to czytacie doskonale wiecie, o czym mowie. To chyba uwarunkowanie genetyczne sprawia, ze wszystkie kobiety mimowolnie porownuja sie z innymi. Niewazne, jak bardzo zagapieni sa w nas nasi mezczyzni, nie wazne, jak jestesmy atrakcyjne dla otoczenia, nie wazne jak bardzo same siebie akceptujemy.
Zawsze przyjdzie taki moment, gdy spojrzymy na inne kobiety i zaczniemy patrzec na siebie jak na bezksztaltne i bezbarwne stworzenia. Mnie osobiscie takie rzeczy zdarzaja sie ostatnio coraz czesciej. Nie wiem dlaczego. Im chlodniej podchodze do lansowanych modeli kobiecosci, tym czesciej lapie sie na niedopasowaniu i tym czesciej mam wrazenie, ze schowane juz dawno kompleksy wymykaja sie spod kontroli