W piętrzącej intelektualne wyzwania sztuce odmawiamy sobie zmysłowych przyjemności na tyle często, że doprawdy możemy sobie pozwolić na Dziaczkowskiego i jego kolaże. Kategoria przyjemności jest w odbiorze tych prac niezwykle istotna; nie do przecenienia jest kwestia kunsztu: formuła, którą posługuje się artysta jest stara, ale trzeba powiedzieć, że posługuje się nią z niepospolitą zręcznością i finezją – a także z dowcipem, bez którego trudno w ogóle myśleć o byciu kolażystą. W archaiczności Dziaczkowskiego jest paradoksalna świeżość.
O tym, skąd się wziął pomysł na wystawę autorzy opowiedzieli Bognie Świątkowskiej: Nie chcemy udawać, że od dawna robimy takie rzeczy. Chcemy pokazać, że tamte naiwne rzeczy mają bezpośrednie przełożenie na to co robimy teraz. – powiedział Karol Radziszewski – A zestawienie tych dwóch zbiorów powoduje, że one zaczynają grać między sobą. Pokazują jak dwie osoby, które mają bardzo podobne układy, idą w trochę innych kierunkach.
Dla mnie sztuka jest sposobem na przekazanie kilku ważnych rzeczy, których nauczyłam się o świecie. Są to zazwyczaj proste elementy codziennego życia, w których kryje się jakaś ukryta poezja. W ciągu sześciu lat studiowania fotografii na Akademii Sztuk Pięknych moje zainteresowania odeszły od "czystej" fotografii i skupiły się na tych migawkach, które ludzie pstrykają swojej rodzinie, przyjaciołom, na wakacjach czy urlopach. Mają one ogromną wartość dla osoby, która jest albo częścią tego, co zostało sfotografowane, albo jest jakoś z tym powiązana. Ale skąd bierze się ta wartość fotografii? Dlaczego fotografia jest tak fascynującym medium?
Może to byłoby nawet przyjemnie? Gdyby Żelazna Kurtyna nie wyrosła na linii Łaby, ale dalej – choćby i w Santiago de Compostela. Oto w 1945 rosyjskie wojsko nie zatrzymuje się w połowie Niemiec – i połowie drogi – i kroczy raźno ku zachodzącemu słońcu, zakładając po drodze satelickie kraje: Socjalistyczną Republikę Francji, Ludowo-Demokratyczną Republikę Włoch, Zjednoczoną Socjalistyczną Republikę Wielkiej Brytanii i Irlandii. Cała Europa demoludów? Dlaczego nie. Przynajmniej jechalibyśmy wszyscy na tym samym koślawym wózku o fatalnie skrzypiących kołach – a dziś moglibyśmy wspólnie z Belgami czy mieszkańcami Lichtensteinu leczyć postkomunistyczne traumy i pielęgnować nostalgię za małymi radościami RWPG.